Zadymka bez własnej sceny, ale z rozmachem, który wypełnia całe miasto

3 min czytania
Zadymka bez własnej sceny, ale z rozmachem, który wypełnia całe miasto

W Bielskim Centrum Kultury tego wieczoru nie było przypadkowych dźwięków. Najpierw publiczność dostała subtelny, kameralny jazz, a potem wejście zespołu, który od lat przesuwa granice gatunku. 28. Bielska Zadymka Jazzowa po raz kolejny pokazała, że potrafi rozlać się po mieście bez własnej sali i bez stałej ekipy, a mimo to działa jak dobrze rozpisany organizm.

  • Zadymka, która nie mieści się w jednym miejscu
  • Powrót artystów, którzy już zapisali się w historii festiwalu
  • Steve Coleman domknął wieczór jazzem, który nie idzie na skróty

Zadymka, która nie mieści się w jednym miejscu

Tegoroczna odsłona festiwalu znów rozpięła się między różnymi scenami i adresami, a Bielsko-Biała stała się dla niej czymś więcej niż tylko gospodarzem. W programie pojawiły się miejsca dobrze znane stałym bywalcom Zadymki, ale też takie, które nie kojarzą się od razu z jazzowym świętem. Właśnie w tym tkwi siła tego wydarzenia – festiwal nie zamyka się w jednym wnętrzu, tylko wchodzi w tkankę miasta.

Jerzy Batycki przypomniał, że cała konstrukcja Zadymki opiera się na współpracy wielu instytucji i wsparciu samorządu. Jak mówił, festiwal nie ma etatowej załogi ani własnej sali koncertowej, a mimo to od lat trafia do najważniejszych muzycznych miejsc w mieście i poza nim.

„Bielska Zadymka Jazzowa to bardzo dziwne zjawisko. Nie mamy żadnego pracownika na etacie, a jesteśmy sporą instytucją, znaną w całym kraju, w Europie i na świecie”.

Dyrektor festiwalu dziękował prezydentowi Bielska-Białej oraz pracownikom obiektów, które przyjmują kolejne koncerty. W jego opowieści wybrzmiało też coś, co dla mieszkańców ma znaczenie bardzo praktyczne – Zadymka żyje wtedy, gdy działa sieć miejskich miejsc, od szkoły muzycznej i Teatru Polskiego po Bielskie Centrum Kultury, Cavatina Hall, Czechowice-Dziedzice i Schronisko na Szyndzielni.

Powrót artystów, którzy już zapisali się w historii festiwalu

Program tego wieczoru nie był zbudowany na nowości za wszelką cenę. Jerzy Batycki otwarcie przyznał, że po 28 latach trudno o muzyków, którzy wcześniej nie pojawili się jeszcze na zadymkowych scenach. Dlatego organizatorzy postawili na powroty i nazwiska, które dla tej imprezy znaczą naprawdę dużo.

Tak zapowiedziano Aaron Parks Trio & Kurt Rosenwinkel – artystę, który po raz pierwszy pojawił się na Zadymce w 2005 roku w składzie Terence’a Blancharda, a później wrócił jeszcze w 2013 roku. Tym razem wystąpił jako lider własnego zespołu, zapraszając do współpracy Kurta Rosenwinkela, jednego z ważniejszych gitarzystów współczesnego jazzu.

Na scenie zrobiło się cicho w najlepszym sensie tego słowa. Balladowe tempa, dużo przestrzeni i subtelne dialogi instrumentów dały publiczności koncert, który bardziej budował napięcie niż je rozładowywał. Najmocniej wybrzmiały fortepian Aarona Parksa, gitary Rosenwinkela, kontrabas Bena Streeta i perkusja Cornelii Nilsson. To był set dla słuchaczy, którzy cenią niuanse, a nie tylko efektowny finał.

Steve Coleman domknął wieczór jazzem, który nie idzie na skróty

Druga część koncertowego wieczoru przyniosła zupełnie inny ciężar gatunkowy. Na scenie pojawił się Steve Coleman & Five Elements – zespół prowadzony przez amerykańskiego saksofonistę i kompozytora, który od lat uchodzi za jednego z najważniejszych twórców współczesnego jazzu. Coleman był też jednym z filarów ruchu M-Base, kierunku, który mocno wpłynął na myślenie o rytmie, improwizacji i strukturze utworu.

Po łagodniejszym otwarciu festiwalowego wieczoru ten występ wniósł wyraźnie większą energię i intelektualne napięcie. Zadymka po raz kolejny pokazała, że potrafi zestawiać różne odcienie jazzu w jednym programie – od nastrojowych, niemal intymnych fragmentów po muzykę wymagającą pełnej uwagi od pierwszego do ostatniego taktu.

na podstawie: Urząd Miejski w Bielsku-Białej.

Autor: krystian